Polityka klimatyczna fot. Pixabay
Transformacja Energetyczna

Polityka klimatyczna to także transformacja w naszych głowach

Czy Polska umie negocjować na szczytach klimatycznych? Czy zmieniło się postrzeganie polityki klimatycznej po przyjęciu Porozumienia Paryskiego? W wywiadzie z cyklu „5 lat Porozumienia Paryskiego” na łamach GLOBEnergia.pl rozmawiam z Lidią Wojtal, ekspertką think-tanku Agora Energiewende, zajmującego się transformacją energetyczną. Moja rozmówczyni to także była polska negocjatorka klimatyczna.

Patrycja Rapacka: Lidio, jesteś ekspertką z ponad 14-letnim doświadczeniem w unijnych i globalnych negocjacjach klimatycznych. Czy Polska jest dobrym negocjatorem w rozmowach na temat klimatu?

Lidia Wojtal: Przede wszystkim trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy mówimy o przeszłości, czy o teraźniejszości, gdyż dużo się zmieniło. Kiedy w 2006 r. zaczęłam zajmować się negocjacjami, było dosłownie tylko kilka osób, które specjalizowały się w tym – i to dość wyrywkowo, szczególnie jeśli chodzi o globalną politykę klimatyczną. W przypadku unijnej polityki klimatycznej niewiele więcej było wiadomo poza tym, że w bardzo krótkim czasie trzeba było stworzyć instytucje, które umożliwiały wdrożenie systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS).

Z chwilą wejścia Polski do UE musieliśmy się zmierzyć z trójwymiarowością polityki klimatycznej. Już wcześniej byliśmy częścią globalnego systemu – Konwencji Klimatycznej i Protokołu z Kioto, ale po 2004 r. trzeba było nauczyć się patrzeć na ten system i powiązane negocjacje z punktu widzenia UE oraz jednocześnie dbać o własne interesy. Wtedy nie rozumieliśmy tych zależności, ale mam wrażenie, że nie było też presji, by je zrozumieć. Dopiero w 2008 r., w którym miał miejsce szczyt w Poznaniu, temat globalnej polityki klimatycznej, którą Polska powinna umieć moderować, także poprzez dyskusję wewnątrzunijną, został wreszcie na poważnie wzięty pod uwagę.

Stworzono polski zespół negocjacyjny, czyli ekspertów, którzy regularnie uczestniczyli w spotkaniach grup eksperckich i grupy roboczej Rady UE. Te osoby na bieżąco współpracowały z wszystkimi krajami członkowskimi, by razem wynegocjować wspólne stanowisko, które UE prezentowała na poziomie globalnym. Po poznańskim szczycie było wiele etapów, w ramach których uczestnictwo w globalnych negocjacjach wychodziło nam raz lepiej, raz gorzej.

Ale przynajmniej od 2007 r., kiedy ja się w nich pojawiłam, byliśmy jako Polska stale obecni w negocjacjach, zachowując pamięć instytucjonalną i wiedzę ekspercką. Polski zespół negocjacyjny z czasem także się zmieniał. Bywało, że przychodziły osoby, które szybko uczyły się meritum, procesów i szybko orientowały się, na co zwracać uwagę. Ale czasami dostawaliśmy kogoś, kto był w zespole tylko pół roku, wykazując niewielkie zainteresowanie procesem negocjacji, a większe np. samym prestiżem jaki dawał udział w szczycie klimatycznym. Trudno było wycisnąć korzyści z posiadania takiej osoby w zespole. Trudno mi też ocenić jak wyglądało polskie uczestnictwo w globalnej polityce klimatycznej przed 2006 r. Po takie informacje odsyłam do prof. Macieja Sadowskiego, skarbnika wielu ciekawych historii o początkach polskiego zaangażowania w globalne negocjacje klimatyczne.

Jeśli natomiast pytasz o skuteczność Polski w negocjacjach, to należałoby najpierw uściślić co przez to rozumiemy. Na ogół chodziło nam niestety jedynie o to, by uniknąć ewentualnych „min” w stanowisku UE, czyli takich zapisów, które potencjalnie godziłyby w nasz narodowy, w dużej części węglowy interes. Tu byliśmy szalenie stanowczy i skuteczni, choć ciężko to nazwać bardzo satysfakcjonującą pracą.

Nie miało priorytetu wyszukiwanie z koleżankami i kolegami z UE wspólnych i nowych rozwiązań na potrzeby postępu w globalnych negocjacjach. No chyba, że akurat byliśmy albo przygotowywaliśmy się do bycia Prezydencją COP lub UE. A ponieważ to pierwsze przydarzyło się Polsce łącznie aż cztery razy, to z biegiem czasu i dzięki kolejnym COP-om, możliwości, doświadczenie i umiejętności polskiego zespołu ewoluowały i to w tę dobrą stronę. Dziś polscy negocjatorzy klimatyczni są dzięki temu rozpoznawalni i szanowani, ale założę się, że słowo „dekarbonizacja” wyśledzone w dokumencie unijnym nadal wzbudza popłoch. Bardzo bym chciała, żeby to się na trwałe zmieniło.

Taka negatywna postawa wynika z naszej mentalności, roszczeniowej postawy czy z utartych schematów myślenia, których wad już nie widzimy?

Nie powiedziałabym, że jest to postawa roszczeniowa. Jeśli czegoś nie rozumiemy, to się tego boimy. W przypadku Polski, nie dość, że nie rozumieliśmy polityki klimatycznej, to poziom zainteresowania polskich decydentów tym tematem był niski. Z kolei poziom wyparcia był bardzo wysoki. Pewnie dlatego nie zależało tym decydentom, by Polska wychodziła z pomysłami, przeznaczyła czas swoich ekspertów, aby popychać do przodu negocjacje unijne, a w rezultacie globalne. Koncentrowaliśmy się głównie na tym, by coś przypadkiem nie wybuchło. Dlatego moim zdaniem to nie była roszczeniowość. Wolelibyśmy, żeby polityki klimatycznej nie było. Mimo tego ona była i musieliśmy sobie z nią radzić i na wszelki wypadek bronić się przed nią.

Minęło pięć lat od dnia, w którym zawarto nowe globalne porozumienie klimatyczne w Paryżu. Jak oceniasz z perspektywy czasu wyznaczone cele oraz postępy w jego realizacji na poziomie Polski i w skali globalnej?

Patrząc na poziom globalny, to Porozumienie weszło w życie w rekordowym czasie, czyli już po roku od przyjęcia. Nikt się nie spodziewał tego w grudniu 2015 r. Oczekiwaliśmy wejścia w życie w 2020-2021 r. Było to bardzo pozytywne zaskoczenie dla nas wszystkich.

Wtedy panowało pesymistyczne podejście do realizacji Porozumienia?

Tak. Protokół z Kioto został wynegocjowany w 1997 r., wszedł w życie w 2005 r., czyli z 8-letnią przerwą. Podejrzewano, że proces ratyfikacji pozwalający na wejście Porozumienia Paryskiego w życie będzie trwał przynajmniej kilka lat. Stąd też cele zgłoszone w ramach Porozumienia zostały wyznaczone począwszy od roku 2021 i – w zależności od państwa – obowiązują 5 lat lub 10 lat. Nagle okazało się więc, że mamy w zapasie 4 lata, z którymi nie do końca wiadomo co zrobić. Ale polityka nie zna próżni.

Tę lukę czasową wypełniły dwie ścieżki. Jedna mówiła o drugim okresie zobowiązań Protokołu z Kioto, który zaczął się w 2013 r., skończy się wraz z końcem 2020 r. Druga ścieżka to były wczesne działania w ramach Porozumienia Paryskiego, gdzie ocenie podlegały cele zgłoszone w 2016 r. Doprecyzowywane były zasady działania tego Porozumienia. Mowa o Katowice Rulebook, czyli zestawie kilkudziesięciu decyzji określających szczegółowe prawa i obowiązki stron Porozumienia.

Osobiście jestem dużą zwolenniczką Porozumienia Paryskiego. Uważam, że na tamtą chwilę, ale w sumie i na obecną, nie udało by się nic lepszego wynegocjować. Najważniejszym elementem Porozumienia jest zobowiązanie przedłużania swojego celu przez każdą jego stronę, gdyż Porozumienie nie ma daty końcowej. Drugim głównym uzyskiem jest to, że cele nie są statyczne. Są to cele rozwojowe, które mają być zwiększane co 5 lat. Obecnie państwa, które mają ustalony cel redukcji na 10 lat, mogą potwierdzić, że pozostają z danym poziomem. Mogą sobie go także podwyższyć. W tej drugiej sytuacji jest obecnie UE, która teraz ma podjąć decyzję o ile podniesie swój cel na 2030 r. Na podniesienie jako takie zdecydowała już na październikowej Radzie Europejskiej. Najprawdopodobniej będziemy zwiększać cel redukcji z poziomu 40 proc. do 55 proc.

Cały wywiad przeczytasz na łamach GLOBEnergia.pl.

Przeczytaj także...